Warning: Missing argument 2 for artykul(), called in /homez.143/epubzmnd/linuxpub/old/lib/druk.php on line 22 and defined in /homez.143/epubzmnd/linuxpub/old/lib/artykul.php on line 8
LinuxPub : Zarabianie na WO : Dokumentacja, Wiadomości, Pomoc, Forum, Howto, Manual, Bezpieczeństwo Fragment strony http://linuxpub.pl/. Wydrukowano:23.05.2012 03:10
Powrót Powrót 
 
Wyślij znajomemu

Sława i pieniądze poprzez Wolne Oprogramowanie

Wyobraź sobie taką historię: jesteś miłośnikiem sieciowej gry Team Fortress, godnym przeciwnikiem, ale nikim specjalnie się wybijającym. Stwierdzasz, że stajesz się trochę zbyt uzależniony od niej, więc postanawiasz zamiast grać spróbować swoich sił w tworzeniu Wolnego Oprogramowania. Dla zabawy, nie spodziewając się wielkiego zainteresowania piszesz mały program do wykrywania prób włamania. Cztery lata później jesteś właścicielem dobrze prosperującej i szybko rozwijającej się firmy opartej na twoim małym wolnym programie. Ponadto, nadal jesteś namiętnym graczem.

Jest to historia Martiego Roescha. Swój projekt traktował on pierwotnie jako odpowiednik metadonu dla swojego narkotycznego wręcz uzależnienia od grania w sieci. Miał nadzieję, że Snort, jak go nazwał, być może stanie się tematem "kilku emaili". Uważał, że pozwoli mu podnieść poziom swoich umiejętności programistycznych i będzie bardziej społecznie użyteczny, niż rozegranie kolejnej rundy Quake'a, czy czegoś w tym stylu, ale nie myślał o nim jako o potencjalnym źródle dochodów. Miał już przyzwoitą pracę programistyczną. Wraz z żoną (inżynierem elektrykiem) dorobili się przestronnego, nowego domu w Eldersburgu w stanie Maryland, a w nim wielu komputerów, wszytskich zlożonych przez Martiego. Snort miał być wyłącznie rozrywką.

Klasyczny początek wolnego programu

Snort był prawdziwym przykładem jak programista drapie się tam, gdzie go swędzi. W tym wypadku był to Marty, ze swoją domową siecią, który chciał wiedzieć, czy ktoś nie próbuje się do niej włamać. W pracy zajmował się tworzeniem oprogramowania zabezpieczającego, miał też bogate doświadczenia na polu bezpieczeństwa komputerowego na poziomie przemysłowym, ale to miał być prosty system wykrywający do użytku domowego. Był świeżo po lekturze książki Erica S. Raymonda " The Cathedral and the Bazaar" i oczarował go zaprezentowany w niej model Wolnego Oprogramowania, tak więc, kiedy tylko miał odrobinkę działającego kodu, opublikował go w Internecie, aby inni mogli go zobaczyć, używać i pogrzebać w nim.

Z początku Snort nie wzbudził wiele zainteresowania. Marty twierdzi, że w ciągu pierwszego roku po jego pierwotnym wydaniu, w 1998, dostawał "około 10 emaili dziennie". Wtedy, w odpowiedzi na żądania dodawania nowych właściwości, jak sam mówi: "Przepisałem około 80% kodu i dodałem możliwość używania wtyczek". Nagle zainteresowanie wzrosło. Marty dostawał teraz 50, 60, 100 emaili dziennie i "Zacząłem mieć regularnych współpracowników i słyszeć o bankach, uniwersytetach i instalacjach wojskowych używających Snorta".

To ostatnie lekko zaniepokoiło Martiego. Jego mały, domowej roboty program używany do ochrony systemów finansowych o krytycznym znaczeniu? Do obrony wojskowych sieci komputerowych? Ale emaile ciągle nadchodziły i otrzymał nawet darowizny sprzętu od kilku firm używających Snorta, więc mógł rozszerzyć testowanie poza to, na co mógł sobie pozwolić ze swoimi składakami. Zaczęły na niego również zwracać uwagę media elektroniczne poświęcone bezpieczeństwu, pisano o nim w kilku gazetach komputerowych, zaczął być proszonym o wykłady na konferencjach związanych z bezpieczeństwem komputerowym.

Ograniczenia Wolnego Oprogramowania jako modelu zarobkowego

Do tej pory Martiemu wystarczał Snort jako "podarek" dla społeczeństwa. Nauczył się, że umiejętności programistyczne to nie dość, aby nadać projektowi Wolnego Oprogramowania rozpęd; że aby stać się popularnym, musi on, jak mówi "być związany z czymś, co ludzi interesuje i wyraźnie różnić się od istniejących już projektów". Ponadto nauczył się "politycznych aspektów przewodzenia społeczności użytkowników".

Można powiedzieć, że tworząc i przewodząc projektowi Wolnego Oprogramowania, Marty zyskał umiejętności potrzebne do prowadzenia firmy programistycznej. W tym samym czasie zderzył się ze stereotypem, a nie zapominajmy, że było to w latach 1998 i 1999, zgodnie z którym Wolne Oprogramowanie było dobre, cieszyło i że, być może, pewne wolne programy mogłyby być używane tu i tam przez biznes i agencje rządowe do pełnienia pomniejszych ról ale, jako że za większością z nich stała społeczność, a nie firma, biznesmeni nigdy nie wezmą go na poważnie. Oznaczało to, że zaadaptowanie Snorta przez firmy i rządy nigdy nie mogłoby odbyć się w sposób oficjalny, tzn. wyższy zarząd akceptuje jego użycie i wyznacza osoby rozmyślnie przeznaczone do pracy z nim lub nad nim, i bez znaczenia tu było ilu geeków po cichu instalowało go na nadmiarowych komputerach i używało na własną rękę w serwerowni.

Marty mówi, że idea stworzenia biznesu w oparciu o Snorta wyszła od "kilku przyjaciół i doradców", oraz ludzi, z którymi rozmawiał na konferencjach, mówiących, iż lubią Snorta, ale nie mogą namówić szefów do zatwierdzenia jego użycia, ponieważ ich firmy po prostu nie "bawią się" w Wolne Oprogramowanie; że jeśliby Snort był komercyjnym produktem, nie mieliby problemów z jego wdrożeniem, a przy tym też z zapłaceniem za niego. Następnym krokiem było wymyślenie jak zarabiać na Snorcie nie porzucając jednocześnie ideii Wolnego Oprogramowania, pod którymi Marty podpisywał się teraz całym sercem. W rzeczy samej, jednym z czynników, jakie nakłoniły go do rozkręcenia własnego interesu było to, że czuł, iż firma, dla której wtedy pracował nadużywała pewnego wolnego kodu tu i tam, on zaś nie chciał im pomagać w tym procederze.

To niezadowolenie, połączone z uczuciem, że Snorta można jakoś uczynić biznesem, wraz z czymś, co Marty nazywał "potrzebą wniesienia jakiejś zmiany do tego świata" były tym, co ostatecznie skłoniło go do podjęcia decyzji o założeniu własnej firmy. W końcu tysiącami ściągano Snorta nie tylko z własnego małego serwera Martiego, ale również z SourceForge.net (który utrzymuje też drzewo CVS projektu) jak i innych mirrorów.

To co pozostało do zrobienia, to rozwiązanie klasycznego problemu, "Jak zarabiać pieniądze na oprogramowaniu, które oddaję za darmo?".

Rozwiązanie okazało się następujące:
  • Nadać komercyjnemu projektowi ciekawą nazwę, coś jak Sourcefire.
  • Wyjść na rynek z (komercyjnymi) narzędziami, które czynią podstawowy kod Snorta (na licencji GPL) łatwym do zrozumienia i używania dla nietechnicznej kadry zarządzającej.
  • Instalować Snorta oraz dodatkowe narzędzia na jednym komputerze i sprzedawać ten komputer jako całościowe rozwiązanie, zamiast tylko sprzedawać oprogramowanie.
  • Sprzedawać usługi, szkolenia, wsparcie techniczne, dostosowywanie oprogramowania do potrzeb klientów itp.
Jest to, przedstawiona na różne sposoby, podstawowa święta prawda o tym "Jak zarabiać pieniądze na Wolnym Oprogramowaniu" głoszoną przez najzagorzalszych propagatorów tego ruchu. Jest to droga, na którą może wstąpić niemalże każdy taki projekt, zakładając, że jest popularny i wystarczająco użyteczny, oraz jest dość ludzi gotowych do kupienia końcowego produktu komercyjnego, zaś jego przywódcy gotowi są zacząć od małego interesu i oczekiwań, aby ostrożnie go rozwinąć mając ciągle oko na wydatki.

Nie funduj sobie fantastycznego biura póki nie masz zarobków!

Marty zaczął tworzyć firmę Sourcefire w swoim domu. Serwery, pudełka i materiał opakunkowy poniewierały się wszędzie. W pewnym momencie, mówi, mieli 17 serwerów przygotowywanych do wysyłki w kuchni. Programiści, w tym Marty, pracowali w piwnicy, zaś kiedy wreszcie zatrudnił sprzedawcę, to pracował on przy stoliku do kart w pokoju gościnnym. Był okres, że instalacja elektryczna domu była tak przeciążona, iż kiedy sprzedawca, Bill Sento, przychodził do pracy i uruchamiał swój monitor w piwnicy wysiadało światło i trzeba było wyłączyć kilka urządzeń (Bill wciąż pracuje dla Sourcefire i ma teraz "prawdziwe" biuro). Cały czas była to praca po najniższych kosztach. Pewne firmy komputerowe zdają się działać na zasadzie "nie ma zbędnych wydatków". Marty robił to na zasadzie "nie ma żadnych wydatków". Tego dnia, którego Sourcefire otrzymało zapłatę za pierwsze zamówienie, stało się dochodowe. I, jak Marty twierdzi, nie było tak trudno uzyskać zamówienie. Częściowo przyczyną tego było szczęście i refleks; Sourcefire rozpoczęło sprzedarz w sierpniu 2001, a 11 września 2001 "bezpieczeństwo" stało się elementem bełkotu marketingowego, który zagłuszał każdy inny bełkot.

Zauważmy, że Marty wcześnie zatrudnił sprzedawcę. Podobnie jak dwóch z sześciu "głównych" programistów Snorta (Trzej pozostali pracują, odpowiednio, dla MITRE, Uniwersytetu Carnegie Mellon i CERT, zaś szóstym jest sam Marty). Nawet kierując Sourcefire, Marty pozostał aktywny na Snort.org i jeździł po całym kraju z wykładami na różne konferencje poświęcone bezpieczeństwu. Właściwie te wyjazdy wraz z dziesiątkami tysięcy użytkowników, których do tej pory dorobił się Snort, wystarczyły firmie za całą "działalność promocyjną". Wszystko co pozostało do zrobienia, to zebrać nabywców i dostarczać produkt, oraz zrobić to najniżsyzm możliwym kosztem.

Jedną z metod szybkiego gromadzenia pieniędzy było sprzedawanie Sourcefire jako "urządzenia" zabezpieczającego, a nie jako kosztującego 49,95 USD "gołego oprogramowania". Jakkolwiek na stronie Sourcefire nie umieszczono cenników, to w informacji prasowej z lutego 2002 napisano: "Konsola Zarządzająca OpenSnort kosztuje 20.000 USD i dodatkowe 9.995 USD za każdy Sensor OpenSnort umieszczony w sieci". Marty wspomina o conajmniej jednym wczesnym zamówieniu rzędu 300.000 USD. Jeżeli dostaje się nawet tylko kilka tak dużych zamówień, z początku pracuje w domu, a woda sodowa nie uderza do głowy tak, że nie zatrudnia się zbyt wielu osób, ani nie kupuje rzeczy, których naprawdę nam nie potrzeba, to ciężko nie zarabiać pieniędzy.

Następny etap: kapitał inwestycyjny i "prawdziwe" biuro

W przeciwieństwie do tego w co wiele osób wierzy, nawet w dzisiejszych niestabilnych gospodarczo czasach, pieniądze na inwestycje są dostępne dla ludzi i firm, które dysponują dobrze rozwiniętymi produktami i usługami, i mogą udowodnić, że przynoszą one więcej przychodów, niż wynoszą ich koszty produkcji. Marty mówi, że udało mu się zdobyć 2 miliony USD bez większych problemów własnymi siłami, a później jeszcze 5,5 miliona USD, znów bez specjalnie wielkich starań.

Teraz, mając do dyspozycji 7,5 miliona, Sourcefire ma siedzibę w luksusowym, technicznie zorientowanym kompleksie biurowym z całą masą zgrabnych, sześcianowatych przegródek, klimatyzowaną serwerownią i ślicznymi, nowymi Macami porozstawianym tu i tam. Dysponuje zaawansowanym systemem telefonicznym, drzwiami otwieranymi na kartę, robiącą wrażenie recepcją i wszystkim tym, czego można się spodziewać w siedzibie głównej rozwijającej się firmy technicznej. Ale Marty twierdzi, że to wszystko zostało wynajęte po okazyjnych cenach. "Proszę się rozejrzeć", mówi "Połowa biur w tym kompleksie stoi pusta. Prawie nic nie płacimy w porównaniu do tego, ile by to kosztowało rok, czy dwa temu". Z dumą także wskazuje na niską cenę zakupu mebli i wyposażenia, które zostały po, teraz zbankrutowanym, poprzednim właścicielu. "Płacimy za to wszystko grosze", stwierdza. (Wycieczka po biurze z Martym za przewodnika jest lekcją firmowej oszczędności, którą powinno zaliczyć wielu zarządzających nowymi firmami, zanim zdecydują jak wydać pieniądze inwestorów.)

Sam Marty ma biurko pośrodku "kabiny" dla programistów, gdzie jego status Wielkiego Geeka jest oczywisty dla wyćwiczonego oka (częściowo z powodu centralnego położenia), ale prawdopodobnie nie do zauważenia dla odwiedzającego posiadacza tytułu MBA. Nosi koszulkę z krótkim rękawem, szorty i, ponieważ oczekuje dziś gościa (autora tego artykułu), to co nazywa "lepszą parą sandałów".

Jedynym miejscem o charakterze "wypoczynkowym" w biurze jest, wyposażony w zabawki i stoliki pokój dla dzieci, zrobiony na wypadek gdyby Marty zechciał zabrać swojego szkraba do pracy, lub gdyby inni pracownicy chcieli przynieść własne. Ale poza tym, jest to całkowicie funkcjonalne miejsce pracy, w którym programiści programują, kierownicy kierują, handlowcy handlują i gdzie wszyscy w zasięgu wzroku naprawdę pracują, a nie bawią się dziecinnym pistolecikami przez pół dnia. Ubiory są skrajnie zwyczajne (powszechne są koszulki firmowe), ale czyste i schludne. Slashdot nie jest widoczny na żadnym z monitorów, chociaż pracownicy z pewnością należą do jego czytelników. Wszyscy tu wyglądają na osoby mające dużo do zrobienia.

To kontrastuje z pewnymi, naprawdę zbyt wieloma, firmami w przemyśle technologicznym, które wyraźnie "przepompowały" swoje listy płac i wynajęły więcej powieszchni biurowej niż naprawdę potrzebowały, zaś połowa pracowników nie potrafiła wytłumaczyć co oni tu robią, lub czemu są niezbędni do działania firmy.

Filozofia programowania i wybór platformy

Snort wciąż jest Wolnym Oprogramowaniem, a cały kod wytworzony przez Sourcefire jest do niego z powrotem wprowadzany. Ma dużą i entuzjastyczną społeczność użytkowników z Martym jako jej przywódcą. Kiedy opublikował pierwszą wersję Snorta pozwalającą na używanie wtyczek, to znaczy kiedy Snort zaczął robić się naprawdę popularny, mówi, iż składał się z około 25.000 linii kodu, ale szybko rozrósł się do 65.000. To, według Martiego, "w przybliżeniu tyle, ile ma podstawowe jądro BSD".

Niestety, za ten rozwój zapłacono wysoką cenę w postaci niestabilności. Wiele nadesłanych wtyczek, jak twierdzi Marty, "było pełnych błędów, niestabilnych i spowalniało wszystko". Winą za wiele błędów, z którymi borykał się Snort, obarcza XML. Mówi wesoło "XML to narzędzie Szatana" i zaczyna mówić o tym, jak w XML potrzeba "1.000 linii na to, co bez niego można by zrobić w 100". Aktualnie kładzie nacisk na uproszczenie Snorta, nie na dodawanie nowych właściwości, oraz na "uzyskanie większej odporności na ataki na sam system wykrywania włamań wraz z lepszymi mechanizmami samokonserwującymi". Jego mottem dla aktualnej serii rewizji to "Bez śmieci!", zaś on sam, jak i współtwórcy Snorta, zamierzają uzyskać w następnej iteracji dużo mniej linii niż jest ich w aktualnie dostępnej do ściągnięcia.

Tworzenie Snorta rozpoczęło się na Linuksie, na maszynach złożonych własnoręcznie przez Martiego. (Zawsze był majsterkowiczem sprzętowym, już jako nastolatek, kiedy pracował na niepełnym etacie w "rodzinnym" sklepie komputerowym.) Później Marty przeniósł się z własną pracą programistyczną na FreeBSD, następnie OpenBSD i z powrotem na wersję FreeBSD z dodanym ładnym GUI: Mac OS X.

Przyczyną, dla której Marty zdecydował się na całkowite umacintoshowienie biura, kiedy już miał pieniądze, aby wyjść i kupić komputery (nie miał zaś czasu, by je samemu złożyć), była możliwość uruchamiania na Macach Microsoft Office i innych programów umożliwiających wymianę dokumentów z klientami spoza światka Wolnego Oprogramowania, przy zachowanym dostępie do środowiska programistycznego linii komend FreeBSD. "Taniej jest to zrobić w ten sposób, niż mieć dwa komputery na biurku każdego programisty", mówi Marty. "Poza tym nowe Mac'i mają świetny dźwięk i ładnie wyglądają". Wyraża pewne niezadowolenie ze wsparcia technicznego Apple. "Dell oferuje serwis u klienta, ale jeśli chcesz naprawić Mac'a, musisz go zabrać do nich" stwierdza. Ale całościowo uważa decyzję o użyciu Mac'ów za dobrą.

Jedynym komputerem Martiego z Windows jest jego pudełko do gier w domu - i zbudował je sam. "Ma 2,2 gigahercowy procesor i..." kontynuuje, dumnie recytując specyfikację jak kązdy inny fanatyk gier składający własne maszyny. Nie należy się tu mylić; 7,5 miliona USD kapitału nie zamienią gorącego gracza w nudnego biznesmena, jeżdzącego po świecie z wykładami o tym, jak to Quake ruinuje całe pokolenie. Nie ma mowy. Marty chętniej będzie dyskutował, która karta graficzna jest najlepsza do gry w Quake'a i inne gry, po wypiciu piwka lub trzech. W rzeczy samej, woli to od bycia szefem Sourcefire i jawnie to okazuje.

Fajniej być CTO niż CEO

Wszyscy widzieliśmy kiedyś coś takiego: fajny haker zamienia się w ohydnego menadżera. Wspaniały pisarz staje się wrednym wydawcą. Przyzwoity kierownik projektu jako CEO ruinuje firmę. Zasada Petera czeka na wszystkich tych, którzy nie zauważą jej ponadczasowego ostrzeżenia.

4 lipca, Sourcefire opublikowało informację prasową mówiącą, że Marty opuszcza się w hierarchi firmy i z CEO stanie się CTO, zaś jego stanowisko zajmie nowo zatrudniony Wayne Jackson. Marty twierdzi, że decyzję o zatrudnieniu zawodowego CEO podjął już dawno i przez pięć miesięcy szukał odpowiedniej osoby zanim wybrał Wayne'a.

"Nie chciałem chodzić z egzemplarzem 'CEO dla opornych' pod pachą, próbując cały czas wymyślić co teraz zrobić", mówi Marty. Wobec tego Wayne, który, według Martiego, odniósł już duże sukcesy z innymi firmami i osiągną punkt, w którym jest już godziwie bogaty, "lecz wciąż lubi wyzwania", otrzymuje biuro CEO, będzie nosił garnitury i zajmował się inwestorami i innymi finansistami. A jeśli firma kiedykolwiek wejdzie na giełdę (co może się zdarzyć, jeśli sprawy dobrze pójdą, jakkolwiek Marty bezpośrednie pytanie "Czy planujecie wejście na giełdę?" zbywa przebiegłym uśmiechem), to Wayne będzie się spotykał z prawnikami, bankowcami, brokerami giełdowymi, analitykami finansowymi, kontrolerami rządowymi i wszystkimi innymi śmiesznymi ludźmi, którzy nagle zaczynają interesować się twoją firmą jeśli zdecydujesz się sprzedawać akcje.

Było to mądre zagranie z dwóch przyczyn. Po pierwsze, Sourcefire nagle zarządza gość z rekomendacjami od osób z listy "500 najbogatszych" i doświadczeniem w prowadzeniu do sukcesu małych, szybko rozwijających się firm, tak więc żaden wyznawca MBA nie może zadawać wesołych pytań typu jak ktoś taki, jak Marty, w podkoszulku, z brzuszkiem i zamiłowaniem do nocnego programowania, lub gier (i piwa), który woli nosić sandały, niż pantofle, może mieć kwalifikacje do kierowania wielomilionowym biznesem. Po drugie, Marty może pozostawić swoje biurko po środku zagrody dla geeków i zadawać się z ludźmi, jakich lubi, a jeśli zechce zajść do pobliskiego baru Last Chance Saloon w czwartkową noc, kiedy piwo jest o połowę tańsze, a stoliki pełne programistów Wolnego Oprogramowania, adwokatów Linuksa, graczy, redaktorów portali i innych temu podobnych typów pokazujących sobie swoje najnowsze PDA, cyfrowe mierniki do opon i inne zabawki (i wypijających masy taniego piwa), to może to zrobić, nie martwiąc się, jak to wpłynie na wizerunek firmy w oczach ludzi z Wall Street.

Czy to przedstawienie utrzyma się na afiszu?

Jeśli Sourcefire będzie się rozszerzać i dalej zgarniać kasę, Marty potrzebuje więcej ludzi. "Potrzebuje osób wiedzących dużo o sieci", mówi. "Fanatycy Linuksa, guru Wolnego Oprogramowania, samoucy, którzy sami się motywują tak, że mogę po prostu pozwolić im działać i nie mają zbyt wybujałego ego" tak opisuje ludzi pasujących do jego aktualnego zespołu. Zaletą aktualnego surowego rynku pracy w sektorze komputerowym, przynajmniej z punktu widzenia Martiego (kierowniczego, a nie osobistego), jest duża ilość nie zatrudnionych, którzy pasują do tych wymagań. Lecz nawet pomimo tego jest on powolny i ostrożny przy zatrudnianiu. Marty, jego nowy CEO i inwestorzy podjęli decyzję, która raptem kilka lat temu wydawałaby się szaleńcza - zdecydowali się poczekać, aż sprzedaż wzrośnie na tyle by pokryć nowe koszty zanim podniosą zatrudnienie. Ta idea "zarabiaj więcej pieniędzy niż wydajesz" z początku może być trudna do zrozumienia, ale im więcej o niej myślisz, tym więcej ma ona sensu, przynajmniej w świetle "starej ekonomii".

Zakładając, że zwiększone zatrudnienie i inne koszty będą zrównoważone przez wzrost sprzedaży, dużą przeszkodą w dalszym rozwoju Sourcefire może być Palladium - wizja bezpieczeństwa według Microsoftu, która w założeniu ma uczynić wszystkie komputery tak bezpieczne, że inne środki zabezpieczające (jak Snort, czy Sourcefire) staną się zbędne. Marty nie marnuje jednak czasu martwiąc się tym. "Palladium może nam zaszkodzić tylko jeśli będzie działać" mówi i dodaje, nieco cynicznie "Nie robią na mnie wrażenia zapowiedzi prasowe [z Microsoftu] mówiące 'Będziemy bezpieczni w ciągu 5 lat'".

Są również firmy konkurujące z Sourcefire, zarówno w programowym, jak i sprzętowym aspekcie rynku systemów wykrywania ataków. Jeśli zapytać Martiego o to, jakim zagrożeniem mogą być dla niego, da on wykład o tym, jak to niemalże wszystkie one oferują tylko komercyjne produkty i jak Snort zgarnia nagrody od guru od bezpieczeństwa na całym świecie, potem zacznie rozprawiać o zasadniczej przewadze modelu Wolnego Oprogramowania i dlaczego uważa go za lepszy niż komercyjny rozwój, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa. (Nie będziemy tego tu powtarzać; każdy czytelnik NewsForge'a [lub Linuxpubu:) - przyp. tłumacza] z pewnością słyszał to już wiele razy i zna to na pamięć.)

Wolne Oprogramowanie: bądź dumny, mów to głośno

Marty wierzy, że idea Wolnego Oprogramowania, która była uznawana za konieczność do pokonania, przynajmniej z punktu widzenia sprzedaży, kiedy pierwszy raz zaczął się zajmować zarabianiem pieniędzy na Snorcie, teraz jest bardziej akceptowana w świecie korporacyjnym i rządowym niż to było zaledwie kilka lat temu.

"Zazwyczaj, gdy ludzie pytali się mnie co robię" wspomina Marty, "ja zaś mówiłem 'Piszę Wolne Oprogramowanie' nikomu nic to nie mówiło. Teraz kiedy ludzie, których spotykam w korytarzach hotelowych, lub w holach lotnisk, przypadkowi nieznajomi, pytają o mój zawód i mówię im, że jestem programistą Wolnego Oprogramowania, to przynajmniej niektórzy z nich wiedzą o czym mówię i traktują ten zawód z szacunkiem".

 


Do góry Do góry 
 
Powrót Powrót 
Wyślij znajomemu